Czasem działam automatycznie – dziecko o coś prosi, ja na tę prośbę w określony sposób odpowiadam. Tak stało się i wczoraj. Po chwili zobaczyłam jednak, że to, co komunikuje moja córka, niewiele ma wspólnego ze słowami, które do mnie kieruje…

– Mamo, mamo! Chodź do mnie. Poukładaj mi tu i pomóż.
– Słyszę cię, córeczko. Jestem w łazience. Ubieram się i…
Nie zdążyłam dokończyć zdania.
– Ale chodź do mnie teraz, bo trzeba mi pomóc. Nie wiem, jak to zrobić i ułożyć. Trudne to dla mnie.
– Kochanie, zakładam koszulkę i idę.
– No chodź już. Już! Teraz!

Nastawiona na działanie – szybką odpowiedź na to, o co prosi dziecko, energicznie wchodzę do pokoju.

– Jestem. Chciałaś, abym przyszła i ci pomogła.
– Nie umiem tego zrobić. Tutaj trzeba ułożyć.
– Słyszę, że trudno ci dopasować do siebie puzzle. Zaczekaj, przyjrzymy się temu razem.

I głowię się, analizuję, szukam, próbuję. Nie wiem, no, coś mi nie gra. Nerwowo przekładam pięćdziesiątą część i dalej nic nie rozumiem. A moje dziecko zaczyna się coraz bardziej niecierpliwić.

– Pomóż mi, mamo. Proszę, proszę!

I nagle zatrzymują się. Spoglądam na moją córkę i sto puzzli rozrzuconych po podłodze. Widzę rozsypane klocki i pędzle, wyrzucone z szafy ubrania… i dochodzę do sedna. Przecież to nie o puzzle chodzi! Nie chodzi o nierozwikłaną zagadkę. Ani o to, że moje dziecko nie umie ułożyć tych elementów. Chodzi o mnie i o nas! O potrzebę relacji, bliskości, kontaktu. O to, że przez ostatnie pół godziny zajmuję się kilkoma rzeczami, ale w istocie jedynie zahaczam o kontakt z córką. Odpowiadam zdawkowo. Rozmawiam, ale nie wsłuchuję się. Błądzę myślami. Planuję pracę na później i nasz wspólny dzień, ale NIE jestem obecna tu i teraz. Oczywiście, pewne rzeczy nie zrobią się same, ale często można znaleźć dla nich dużo lepszy czas (może podczas wspólnej zabawy albo po prostu później?). Skoro dziecko tak bardzo potrzebuje tego kontaktu, czy nie warto autentycznie mu towarzyszyć i w pełni ukierunkować się na nie? Terapeuci sugerują, że w podobnych okolicznościach wystarczy 15 minut wspólnej swobodnej zabawy i odłożenia na bok innych czynności, aby dziecko mogło poczuć się w pełni zaopiekowane. Wówczas puzzle pochodzące, jak się później okazało, z dwóch różnych układanek  nabierają zupełnie innego znaczenia…

Biorę więc głęboki oddech, a dokładnie kilka takich oddechów, i… wracam do kontaktu.

– Córeczko, widzę, że jesteś zdenerwowana.

Daję przestrzeń mojej córce, by czuła, że zauważam ją i to, czego właśnie doświadcza; nazywam to i kiedy widzę, że czuje się bezpiecznie i jest gotowa na słuchanie, kontynuuję.

– Chciałaś układać ze mną Lego, ale odmówiłam. Później chciałaś układać puzzle, a ja znów odrzuciłam twój pomysł. Trochę się chyba nakręciłam na poranne planowanie i ogarnianie i zapomniałam o tym, co ważne. Przepraszam. Jestem już. Jestem z tobą. Czy chcesz dokończyć tę układankę?
– Nie chcę. Chcę, żebyś mi poczytała.
– Pewnie. Którą książkę?

Wiecie, co najpewniej stałoby się, gdybym nie uzmysłowiła sobie tego, czego naprawdę potrzebuje moje dziecko?

W pośpiechu i braku uważności najpewniej narastałaby we mnie złość, że nie mogę ogarnąć tej układanki, że wokół jest znowu bałagan, że moje dziecko „jak zwykle mnie absorbuje” i nie mogę zrobić nic w spokoju. Frustracja wzmagałaby się także w mojej córce, ponieważ nie znalazłaby autentycznego kontaktu, który był jej tak bardzo potrzebny. Myślę, że w końcu obie byśmy w jakiś sposób, nazwijmy to – wybuchły. Złość jest stanem, który szybko się nasila. Czasem to minuty, czasem ułamki sekund. Kiedy sięgnie zenitu i nieumiejętnie ją wyrazimy, rodzi się w nas poczucie winy i obniża poziom zaufania do siebie i dziecka oraz poczucia własnej wartości. A stąd już niedaleko do codziennych frustracji i licznych trudności w relacji. Skoro zatem mamy wpływ na ten cały mechanizm, warto sobie o nim przypominać.

A jak wyglądał nasz poranek dzięki powrocie do kontaktu. Do empatycznej komunikacji. Do relacji?

Po mniej więcej 20 minutach czytania córka zapytała, co możemy razem zrobić w kuchni. Rozładowałyśmy zmywarkę, przygotowałyśmy śniadanie i spokojnie je zjadłyśmy. Później ubrałyśmy się i wyszłyśmy na dwór. Bez zbędnych konfliktów i tak bardzo powszechnych porannych przepychanek. A to poczucie wewnętrznej i zewnętrznej harmonii i równowagi pozostało z nami do końca dnia. I mimo że jak zawsze pojawiło się w nim wiele różnych sytuacji i trudnych emocji, będąc w kontakcie, dużo łatwiej było nam się nimi zająć, zaopiekować… A w ciągu dnia udało mi się znaleźć nawet dość swobodny czas na zatroszczenie się o siebie i swoje potrzeby, ponieważ kiedy dziecko czuje się bezpiecznie i pewnie w relacji z rodzicem, dużo prościej jest mu się oddalić – zająć czymś samemu i swobodnie eksplorować otoczenie.

To, który kierunek obierzemy, zawsze zależy od nas, dorosłych.

Ale nawet jeśli zdarzy się nam wybrać ten, który na dobrą sprawę nam nie służy, warto to zaakceptować i w podobnej sytuacji w przyszłości zdecydować się na inne, bliskie sobie rozwiązanie… I właśnie do tego chciałabym Was dzisiaj zainspirować… 

Z ciepłymi pozdrowieniami
Magda

fot.unsplash

One thought on “Pomóż mi mamo!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *