Dziś miałam rozmowę z moją córką, która to rozmowa zostanie ze mną na długo.
Byłam pochłonięta młodszym synkiem, domem, czytaniem – a jej czas ekranowy zamiast półtorej godziny wyniósł… prawie trzy. Poczułam złość. Napięcie. Frustrację. Bo to było poza naszą umową. A dla mnie to ważne.
Ale zanim weszłam do pokoju córki, zatrzymałam się. Wzięłam kilka spokojnych oddechów.
Napiłam się wody.
I dopiero wtedy – z tego miejsca – zapukałam do drzwi.
Powiedziałam, co zauważyłam. Zapytałam, z czego to wynikło.
– Mamo, powiedziała – w normalnym świecie ciągle wszystko się powtarza. Malowanie, czytanie, planszówki.
A internet? Tam zawsze jest coś nowego. Jak się znudzi, przesuwasz dalej. I dalej.
– Lubisz to, co? – zapytałam.
– No pewnie.
– To inny świat niż ten, w którym dorastałam – powiedziałam. – Jednak granice nadal mają tu znaczenie.
– Wiem – odparła. – Ale wyobraź sobie, że przez 360 dni oglądasz ten sam film. Znudziłby ci się?
– No pewnie.
– No właśnie. Tak się czasem czuję.
– Hm…. Rozumiem Cię i siebie też.
Zrobiło się cicho. Po czym dodałam:
– Myślisz, że dasz radę sama pilnować czasu, kiedy ja jestem zajęta?
– Nie wiem.
– A minutnik pomoże?
– Mogę spróbować. Ale nie mogę obiecać.
– OK. To może ustawię Ci ograniczenie na aplikacje?
– Ile minut?
– Dwie godziny dziennie, w wakacje.
– No dobra. OK.
I tak właśnie doszłyśmy do porozumienia. Nie przez krzyk. Nie przez groźby. Tylko dlatego, że najpierw usłyszałam, co naprawdę chce mi powiedzieć moja córka, a następnie wyraziłam swoje granice i potrzeby.
I po raz kolejny przypomniałam sobie, że dziecko, które czuje się słyszane i widziane, zaczyna słyszeć innych. Dziecko, które jest uwzględniane – potrafi uwzględniać.
Dzieci nie chcą uprzykrzać nam życia i rządzić światem. One po prostu chcą mieć w nim swoje bezpieczne miejsce, a tym miejscem jesteśmy my…
Byłam pochłonięta młodszym synkiem, domem, czytaniem – a jej czas ekranowy zamiast półtorej godziny wyniósł… prawie trzy. Poczułam złość. Napięcie. Frustrację. Bo to było poza naszą umową. A dla mnie to ważne.
Ale zanim weszłam do pokoju córki, zatrzymałam się. Wzięłam kilka spokojnych oddechów.
Napiłam się wody.
I dopiero wtedy – z tego miejsca – zapukałam do drzwi.
Powiedziałam, co zauważyłam. Zapytałam, z czego to wynikło.
– Mamo, powiedziała – w normalnym świecie ciągle wszystko się powtarza. Malowanie, czytanie, planszówki.
A internet? Tam zawsze jest coś nowego. Jak się znudzi, przesuwasz dalej. I dalej.
– Lubisz to, co? – zapytałam.
– No pewnie.
– To inny świat niż ten, w którym dorastałam – powiedziałam. – Jednak granice nadal mają tu znaczenie.
– Wiem – odparła. – Ale wyobraź sobie, że przez 360 dni oglądasz ten sam film. Znudziłby ci się?
– No pewnie.
– No właśnie. Tak się czasem czuję.
– Hm…. Rozumiem Cię i siebie też.
Zrobiło się cicho. Po czym dodałam:
– Myślisz, że dasz radę sama pilnować czasu, kiedy ja jestem zajęta?
– Nie wiem.
– A minutnik pomoże?
– Mogę spróbować. Ale nie mogę obiecać.
– OK. To może ustawię Ci ograniczenie na aplikacje?
– Ile minut?
– Dwie godziny dziennie, w wakacje.
– No dobra. OK.
I tak właśnie doszłyśmy do porozumienia. Nie przez krzyk. Nie przez groźby. Tylko dlatego, że najpierw usłyszałam, co naprawdę chce mi powiedzieć moja córka, a następnie wyraziłam swoje granice i potrzeby.
I po raz kolejny przypomniałam sobie, że dziecko, które czuje się słyszane i widziane, zaczyna słyszeć innych. Dziecko, które jest uwzględniane – potrafi uwzględniać.
Dzieci nie chcą uprzykrzać nam życia i rządzić światem. One po prostu chcą mieć w nim swoje bezpieczne miejsce, a tym miejscem jesteśmy my…
Magdalena Boćko-Mysiorska