Wchodzę do mieszkania i słyszę krzyk mojego starszego dziecka. Widzę, że W. zamknęła się w pokoju i coś przeżywa, płacze. Powód nie jest mi znany.

– Co się dzieje? – pytam męża. 

– W. chciała trzeciego loda, kiedy byliśmy na Kępie, a ja powiedziałem nie. Przyjęła to. Było spokojnie. Przyszliśmy do domu, znów zapytała o loda, o to, czy może pójść z Tobą, kiedy wrócisz. Dałem znać, że może pójść z Tobą na dwór, jeśli dasz radę po pracy, ale na loda nie mam zgody. Zaczęła krzyczeć, że jestem najgorszym tatą na świecie. Nie mam już dziś siły, żeby wchodzić w temat, Madzia. Więc ona jest tam, a my tu. 

– Rozumiem. 

– Powiedziałem, że czekamy na nią, gdyby chciała się przytulić i że ją rozumiem.

– A rozumiesz?

– Nie wiem, dziś chyba już niewiele rozumiem.

– Ok. Ogarnę to.

Mam jeszcze trochę zasobów. Biorę trzy spokojne oddechy i podchodzę pod drzwi.

– Cześć, jestem kochanie.

– Łeeeee! Idź sobie!

– Słyszę cię córeczko.

– Aaaaa! Nie znoszę was! Aaaaa! Jesteście najgorsi. 

– Wściekłaś się, co?

– Aaaaa!

Przestaję gadać. Siedzę pod drzwiami. Słyszę, że W. wciąż płacze. Daję jej na to przestrzeń. 

– Tata mnie nie słucha! – krzyczy nagle.

– Nie słucha, co mówisz?

– Nie!

– A co?

– Nie rozumie.

– Tak poczułaś?

– No!

– Jest ci dlatego źle i czujesz złość i mówisz te wszystkie przykre słowa?

– Tak! Bo to jest nie fair.

– Co jest nie ok?

– To, że tata mnie nie rozumie.

– Słyszę, mogę wejść?

– Tak!

– Ach. Trudno ci, co?

– Ciężko.

– Chcesz pogadać? Coś opowiedzieć?

– Nie.

– A ja mogę?

– Tak.

– Słyszałam, że chciałaś loda?

– Tak. Bez laktozy.

– Tego, który jest dla ciebie ok, czyli?

– Tak, ale tata się nie zgodził. Powiedział nie i tyle. 

– Chciałaś więcej niż nie?

– Tak.

– Słyszę cię.

– Wiem.

– Lepiej ci z tym?

– Tak. Przytulisz?

– Przytulę pewnie.

Po kilku chwilach.

– Wiesz, co, czasem jest nam, ludziom trudno powiedzieć więcej niż nie. Albo nie zgadzam się. 

– Czemu?

– Bo czasem jesteśmy zmęczeni i nie mamy już więcej mocy, żeby zrobić coś więcej, pogadać, przytulić, usłyszeć kogoś i go wspierać. Ja tak czasem mam, a ty?

– Czasem mam dość. 

– I wtedy chce ci się gadać z ludźmi?

– Nie. Tylko oglądać bajki i malować. Albo kleić klejem.

Cisza. 

– Tata jest zmęczony? 

– Jest bardzo, może nie zdążył dać znać albo zapomniał.

– Może nie umiał.

– Może… Na co masz teraz chęć córeczko?

– Na nic. Tylko na nie mówienie. Chyba jestem zmęczona, jak tata.

– Rozumiem. Też czasem jestem i to bardzo. Ja też, mami i przepraszam za słowa.

– Wiem, że tak nie czujesz. W złości mówimy czasem rzeczy, które ranią.

– Nie umiem zatrzymać mami. 

– Tych słów?

– Tak.

– Rozumiem, ale wiesz, można to ćwiczyć.

– Wiem, ale to już nie dziś.

– Ok. Zapiszę tylko na naszej tablicy, dobra?

– Dobra…

Poszłam i zapisałam, a później wróciłam do W. razem z jej bratem i długo się przytulaliśmy. Tata poleżał przez chwilę na kanapie i do nas dołączył.

A ja poczułam coś w rodzaju głębokiego połączenia ze sobą; wdzięczność za to, że miałam zasoby, by towarzyszyć W. Że nie oceniałam negatywnie podejścia jej taty, bo wiem, że to nie wspiera naszych relacji, poczucia bezpieczeństwa dziecka, ani uczenia się przez nie prawdziwie empatycznego podejścia do siebie i innych Przyznaję, że czasem rzucę coś bezrefleksyjnie w stronę męża, ale pracuje nad tym i mam poczucie, że tendencja oceniająca jest na ten moment spadkowa. 😉 Oby utrzymała się jak najdłużej, ponieważ widzę, jak dużo dobra to wnosi do naszego życia; ile przynosi lekkości w ciele i umyśle i łatwości w przeżywaniu różnych sytuacji. 

Ta sytuacja przypomniała mi też o tym, że brak zasobów na bycie blisko i towarzyszenie dziecku w emocjach, jest zupełnie naturalny i zdarza się każdemu z nas. O tym, że czasem zarówno tacie, jak i mamie zabraknie otwartości na empatię dla dziecka i to też jest w porządku. Może być trudne i nieprzyjemne, jednak jest naturalnym kawałkiem każdego z nas i nie oznacza, że coś jest z nami nie tak. Jesteśmy ludźmi, którzy czują, potrzebują, tęsknią, potykają się i upadają. Wstają i idą dalej, albo nie. Czasem pozostają na chwilę w bezruchu i poczuciu bezradności. I to też jest ok… Zapewniam, że nie trwa wiecznie…

I na koniec po raz enty uświadomiłam sobie, że czasem wystarczy kogoś zobaczyć, usłyszeć, zauważyć, że coś przeżywa. Może to nazwać. Zbliżyć się do tego i przyjrzeć temu przez chwilę. Dać temu swoją uwagę, niezależnie od tego, czy to rozumiemy czy nie i uznać, że to JEST. Dokładnie takie, takie jakie jest. Wyjść do kogoś z miejsca ciekawości i miłości. Nawet jeśli w poczuciu zmęczenia, które i mi tutaj towarzyszyło, pobyć blisko drugiego człowieka z otwartym sercem. Bez założenia, że się nagle uspokoi albo zrobi to, czego od niego oczekujemy.

Lubię przypominać sobie, co odczuwam, gdy ktoś uzna moje cierpienie. Jakkolwiek kuriozalne by ono nie było w obliczu trudów całego świata – jest prawdziwą częścią mnie. Lubię, gdy ktoś to zauważy i przyjmie takie, jakie jest. Nawet jeśli sam jest w średniej formie, złapie mnie szczerze za rękę i powie: „rozumiem, kochana, słyszę cię”. 

Przypominam sobie, jak wielką ulgę i ukojenie odczuwam, gdy ktoś towarzyszy mi w trudnych chwilach, dając znać, że jestem ważna i w porządku taka, jaka jestem, ze wszystkim, co we mnie żywe. Ależ to niesie energię i siłę! 

Niech staje się ona kluczem do spełnionego życia naszego i naszych dzieci. Niech wspiera ich poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości dziś i zawsze…

❤️❤️❤️

 

PS Jeśli chcesz pouczyć się ze mną empatii dla siebie i zapisać się na kurs online o dbaniu o siebie w rodzicielstwie, serdecznie zapraszam, jest jeszcze kilka wolnych miejsc. A przez najbliższe trzy dni (do 30 czerwca) obowiązuje promocyjna cena! Więcej informacji tutaj:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *