Po powrocie W. ze szpitala nadrabiamy ogromne zaległości w relacjach i pracy. Mąż działa w swojej firmie od rana do popołudnia. Ja w tym czasie opiekuję się dziećmi, a później się wymieniamy i ja pracuję do późnego wieczora. 

Wczoraj prosiłam K., aby wrócił możliwie wcześnie, ponieważ większość moich projektów wymaga twórczego zaangażowania, a po całym dniu spędzonym z dwójka, w tym z jednym całkiem małym dzieckiem, eksplorującym każdą wysokość i przestrzeń, czuję się mocno wypompowana. 

Mąż to rozumie, wraca wcześniej, ale to wiąże się z niedopięciem przez niego jakiegoś tematu. Cóż… Przywykliśmy.

W każdym razie K. wchodzi do domu o 15:00, przejmuje dzieci i wychodzi z nimi na dwór, a ja siadam do pracy. Mam jakieś trzy, może cztery godziny. Siadam i co czuję? OPÓR; zmęczenie, napięte mięśnie, emocjonalny „chłód” rozlewający się po całym ciele. Próbuje coś zaplanować, rozpisać, przemyśleć. Zrobić analizę badań. I mam wrażenie, że z minuty na minutę bardziej się od tego wszystkiego oddalam, niż do tego przybliżam. Jestem, ale mnie nie ma. 

Mija czterdzieści minut, a ja stoję w miejscu. Zaczynam się denerwować. No dobra – wkur*iać! Za tym stanem stoi lęk. O to, że wydawca się w końcu wścieknie. Że mężowi będzie trudno, bo przecież wrócił szybciej „specjalnie dla mnie”. Że nie zdążę przygotować prezentacji na konferencję, że nie zrobię kolacji, a to ważne, bo to jedyny posiłek, który możemy zjeść razem. Zapętlam się w kołowrotku myśli i oczekiwań. Wtłaczam się w presję… Napinam się coraz mocniej i mam poczucie, że za chwilę eksploduję… Odchodzę od komputera. Wychodzę do ogródka, przeklinam w myślach i nagle we wszechogarniającym mnie poczuciu złości i zagmatwania zatrzymuje się w myśli, którą ćwiczę od dawna:

„Najpierw empatia dla siebie, Magda!”

I co się wydarza? No nie, to nie są czary – nie wyskakuję nagle z poletka palącej się pod stopami ziemi w chłodną przestrzeń błękitnego oceanu, ale stopniowo docierają do mnie maleńkie kojące sygnały dochodzące z rozgrzanego jeszcze słońcem, ale wciąż niewzruszonego podłoża. Czuję subtelny powiew wiatru i zapach skoszonej trawy. Słyszę śpiew ptaków… Rozluźniam się powoli…

Wracam do siebie…

Wchodzę do mieszkania. Piję chłodną wodę z cytryną. Zamykam komputer i podążam za tym, co podpowiada moje ciało. Ono chce regeneracji i odpoczynku. Relaksu. Chce stać się horyzontem, za którym naturalnie rozpływa się trud codzienności. 

Kładę się na podłogowej macie. Myślę o tym, jak bardzo jest wygodna, przyjemna. Uśmiecham się do siebie i przykrywam się lnianą narzutą. Oddycham spokojnie i miarowo. Przychodzą do mnie myśli (o cieplejszej nieco barwie) o niewykonanej pracy, o tym, co pomyśli mój mąż, kiedy mnie tu zobaczy, o niewstawionej zmywarce i nieusmażonych naleśnikach.. Obserwuję te myśli bez oceniania i przywiązywania się do nich; z poczuciem, że nie muszą być prawdziwe; że nimi nie jestem… że kreują rzeczywistość, która być może nigdy nie zaistnieje… 

Myśli przepływają, a ja zasypiam. 

Budzę się po czterdziestu minutach. “Jak mi dobrze i lekko”. Przeciągam się i znów się do siebie uśmiecham. Piję letnią ziołową herbatę i wracam do pracy. Nie postrzegam jej już tak ponuro. Nie analizuję, czy zdążę, czy nie, po prostu płynę. W lekkości i czułości dla siebie. 

Wszystko, co miałam zrobić w cztery godziny, opracowuję w dwie. Zamykam komputer. Czuję radość i wdzięczność dla siebie.

Mąż i dzieci wracają do domu. Karmię maluszka. Starsza córka pomaga mi nakryć do stołu. K. smaży naleśniki… Opowiadam mu o tym, że zamiast pracować, poszłam spać, ale zanim się to wydarzyło, czułam się zestresowana i miałam wyrzuty sumienia:

-Wiesz, pomyślałam też, że może się po cichu wkurzysz. Odkładasz swoją pracę, wracasz wcześniej, a ja tu leżę i pachnę. Miałam poczucie, że to nie jest ok.

– Ale to twoje poczucie Madzia i twoja myśl. O tobie jest, nie

– Tak… O mnie…

Dziękuję, że mi o tym przypominasz.

***

Wiele naszych myśli i duża część presji, którą odczuwamy, nie przychodzi do nas z zewnątrz. Jest raczej wynikiem mentalnego teatru, który odbywa się w naszej głowie; galopujących myśli, które wciąż o czymś opowiadają. Umysłu, który nieustannie szuka zagrożeń i prawidłowości; nadaje znaczenia. Nie możemy tego zmienić/wyłączyć, ale możemy stopniowo ćwiczyć zauważanie siebie i swoich myśli oraz sprawdzanie, czym są i o czym dają znać. Możemy je obserwować, ale nie przywiązywać się do nich tak bardzo. One nie są nami i nie definiują nas, jako ludzi. Są bardziej interpretacjami. Nie zawsze są więc prawdziwe… i nie zawsze są tak ważne, jak nam się wydaje… Ale one są.

Ty też jesteś!

Są twoje uczucia, emocje i potrzeby. Są granice, o które nie zawsze dbasz tak, jakbyś tego chciał/-a. I myślisz może, że trzeba być mistrzem samoświadomości, uważności i życia w ogóle, aby umieć to robić; aby zbliżać się do tego, co Ci służy; co pomaga poczuć się dobrze tu i teraz. Jedak i ta myśl nie jest prawdziwa… Możesz być w miejscu, w którym jesteś i ćwiczyć wszystko to, czego pragniesz i na co jesteś gotowa/-y. Zatrzymywanie się w złości, wyrozumiałość i życzliwość dla siebie w trudzie i lekkości. W złości, lęku, smutku i radości.

Możesz stawać się tym, z kim będzie Ci lżej i łagodniej, niezależnie od pędzącego świata; jego wyzwań i labilności. Niezależnie od trosk codzienności…

Możesz. Naprawdę.

Zadbać najpierw o siebie, choćby w niewielkim stopniu. O te małe dobre rzeczy, które Cię emocjonalnie doładowują. O zatrzymanie się w działaniu, które nie wspiera. O ćwiczenie nowych strategii, które dodają mocy w niemocy. To nie zawsze będzie drzemka w ciągu dnia. Nie zawsze mąż, który zrozumie Twoje zmęczenie… ale to będziesz Ty! Ważna, potrzebna i wartościowa. Tu i teraz.

***

PS Jeśli chcesz pouczyć się ze mną empatii dla siebie i zapisać się na kurs online o dbaniu o siebie w rodzicielstwie, serdecznie zapraszam, jest jeszcze kilka wolnych miejsc. A przez najbliższe trzy dni (do 30 czerwca) obowiązuje promocyjna cena! Więcej informacji tutaj:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *